wtorek, 10 marca, 2026
spot_imgspot_img
spot_img

Najpopularniejsze

Zobacz również...

„Nie jesteśmy robotami”. Ewa Matuszewska o emocjach, błędach i sekundach, które decydują o meczu

Końcówka meczu Wilków Morskich z Czarnymi Słupsk, zegar odlicza ostatnie sekundy, hala wstrzymuje oddech. Pierwszy rzut niecelny, piłka jeszcze wraca w ręce Szczecinian, szybka dobitka i eksplozja radości na trybunach. Dla kibiców to moment czystych emocji. Dla sędziów – początek pracy, w której nie ma miejsca na zachwyt ani zawahanie. Trzeba sprawdzić czas, ustawienie, każdy detal, który może zdecydować o wyniku spotkania. Ewa Matuszewska od lat gwiżdże właśnie w takich momentach – między euforią jednej drużyny a rozczarowaniem drugiej. Sędziuje mecze kobiecej i męskiej koszykówki, zna presję trybun, tempo ligowych rozgrywek i ciężar decyzji podejmowanych w ułamku sekundy. W rozmowie z nami opowiada o emocjach, które towarzyszą arbitrom, o błędach, które wracają jeszcze długo po meczu, oraz o tym, dlaczego technologia pomaga, ale nigdy nie zastąpi człowieka z gwizdkiem.

 

 

King gra ostatnią akcję i żeby wygrać, musi rzucić punkty. Najpierw jeden rzut zza łuku, niecelny, zbiórka w chaotycznej akcji i celna dobitka na 0,6 sekundy przed końcem meczu. Sędziowie analizują, przyglądają się dokładnie wszystkiemu… a czy mają też w tym wszystkie swoje emocje? Jaka była Twoja myśl, widząc radość zawodników i kibiców ze Szczecina po takim rzucie?

– Oczywiście. Sędziowie przeżywają emocje – ostatecznie nie jesteśmy robotami. Często od jednej naszej decyzji może zależeć wygrana lub przegrana którejś z drużyn. Myślę, że to duża presja i nie wiem, czy istnieje osoba, która nie przeżywałaby w takim momencie jakichś emocji. Jednak to, czego uczymy się przez lata, to różne sposoby jak sobie z tymi emocjami radzić, żeby nie zakłócały nam obiektywnej oceny.  Natomiast co do moich myśli po celnym koszu Kinga, to pierwsza, która przyszła to: „musimy obejrzeć, czy czas się zgadza”. Co zresztą chwilę później nastąpiło. Myślę zatem, że moja głowa jest mocno skupiona na zadaniu w takich momentach. Nie ma przestrzeni na oglądanie się na reakcje zawodników, a tym bardziej kibiców, bo ułamki sekund mają w końcówkach niebagatelne znaczenie.

Sędziujesz mecze – kobiece i męskie ligi. Czy z perspektywy arbitra różnice w dynamice gry naprawdę są tak duże, jak wydaje się kibicom?

– Myślę, że w kwestii dynamiki gry – zdecydowanie. Mecze żeńskie cechują się wolniejszym tempem i atletyzmem. Na żeńskich meczach nie oglądamy tylu efektownych kontrataków oraz wsadów do kosza z góry. Wychodząc na mecz męski spodziewam się innych błędów niż podczas żeńskich spotkań. Nie jest jednak powiedziane, że żeńska koszykówka jest nudna. Jest inna. Potrzebuje nieco innego przygotowania się do prowadzenia meczu. Myślę że rządzi się nieco innymi „emocjami”. Nie mniej potrafi być piękna i ciekawa, a sędziowanie jej potrafi przynieść wiele satysfakcji i przyjemności.

Kibice często mają pretensje do sędziów, niekiedy uzasadnione, innym razem nie. Jak wygląda Twoja „wewnętrzna odporność” na presję trybun i emocje, które wylewają się z parkietu? Da się taką odporność wypracować?

– Tak, da się. Doskonale widać to, gdy śledzi się poczynania i rozwój młodych sędziów. Na początku każda uwaga skierowana w ich stronę, czy to od trenera czy od kibica, potrafi „wyłączyć” z sędziowania. Jednak z biegiem lat nabranego doświadczenia i szkolenia się, wypracowują swoje sposoby na wykonywanie swojego zadania bez względu na emocje z zewnątrz. Oczywiście każdy ma indywidualne predyspozycje do większej lub mniejszej odporności. Nie mniej istnieją narzędzia z treningu mentalnego, które bardzo się przydają nawet w najtrudniejszych momentach. Ja osobiście lubię, gdy kibice żyją meczem. Pokazuje to piękno naszej dyscypliny. Rzadko wytrąca mnie to z równowagi. Wręcz odwrotnie – mobilizuje do skupienia na tym, co dzieje się na parkiecie. Także osobiście uważam, że emocje na boisku są większym wyzwaniem niż te dochodzące z trybun.

Czy zdarza się, że decyzja, którą podejmujesz w ułamku sekundy, wraca do Ciebie jeszcze po meczu i analizujesz ją w głowie?

– Oj tak. Niejednokrotnie. Zdarzyło mi się nie przespać nocy, bo moja głowa sędziowała to samo spotkanie drugi raz. Rozkładanie każdej akcji na mikro sekundy, każdy ruch, moją pozycję, zastanawianie się, co widziałam i gdzie powinnam była stanąć, żeby widzieć coś lepiej. Przytrafia mi się to często. Myślę, że bez tego nie ma rozwoju.

Przychodzą takie momenty, kiedy nagle sobie uświadamiasz, że popełniłaś błąd swoją decyzją?

– Pomidor… hehe! Oczywiście! Niejednokrotnie. Nie mniej zaakceptowanie faktu, że ten błąd się pojawi, pozwala lepiej sobie z nim poradzić w trakcie meczu. Nie ma bezbłędnie posędziowanych spotkań. Tak samo jak nie ma drużyn czy zawodników, którzy grają ze 100% skutecznością. Wszystko dzieje się szybko, decyzje muszę podejmować w ułamkach sekund. Podejmuję ich około 100 w każdym meczu – o gwizdku lub jego braku. To, że się pomylę, jest pewne. Pytanie jak szybko będę w stanie się psychicznie wydobyć z sytuacji stresowej, jaką niewątpliwie jest taka pomyłka. Natomiast biorąc pod uwagę szerszą perspektywę: oczywiście dążę do tego, aby tych pomyłek było jak najmniej. Dlatego każdy swój mecz analizują na  video i zastanawiam się, dlaczego w danej sytuacji zrobiłam błąd. Następnie staram się poprawić to, co zawiodło w trakcie kolejnego spotkaniu.

Jak bardzo poziom sędziowania zmienił się w ostatnich latach wraz z technologią, powtórkami wideo i coraz większą analizą gry?

– Nowe technologie pomagają nam analizować lepiej. Nie tylko na video. Nawet skauting może zawierać elementy analizy z wykorzystaniem narzędzi takich jak AI. Więcej kamer pozwala nam lepiej uchwycić każdy ruch osób zaangażowanych w akcje. Dzięki temu możemy niejednokrotnie ustalić nawet to, gdzie patrzył sędzia w danym momencie, a to przekłada się na wnioski o tym, co zrobił źle. Dlatego uważam, że technologia, pomimo, że nie zastępuje sędziów, bardzo pomaga i znacząco wpływa na wzrost jakości sędziowania na przestrzeni lat.

Jest jakiś przepis, który powinien się w koszykówce zmienić?

– Myślę, że koszykówka byłaby bardziej popularna, gdyby udało się uprościć przepisy w ogóle. Jest wiele zagadnień, które są trudne do interpretacji. Choćby 3 sekundy. Nie mniej osobiście nie umiem wskazać jednego konkretnego, który należałoby usnąć.

Czy zawodnicy na najwyższym poziomie częściej rozumieją decyzje sędziów, czy wręcz przeciwnie – dyskutują jeszcze więcej?

– Z mojego doświadczenia wynika, że im wyższy poziom, tym te dyskusje przybierają nieco inną formę i jest ich coraz mniej. W ekstraklasie poziom samoświadomości zawodników jest wysoki. Zazwyczaj po prostu widzą, czy popełnili faul lub błąd. Gdy się nie zgadzają, w znacznej większość są zainteresowani dowiedzeniem się dlaczego coś, co zrobili, zostało ocenione jako nielegalne. Są otwarci na naszą perspektywę. Myślę też, że taka sytuacja może wynikać z taktyki drużyn. W lidze to trener najczęściej dyskutuje o decyzjach. W niższych ligach sprawa ma się nieco inaczej. Więc paradoksalnie, w kontekście wywieranej przez zawodników presji, im wyższa liga, tym łatwiej się ją sędziuje.

Co jest dziś największym wyzwaniem dla sędziego koszykówki: tempo gry, interpretacja przepisów czy zarządzanie emocjami zawodników i trenerów?

– To zależy od sędziego i od meczu. Każda z tych rzeczy stanowi wyzwanie. Każda może okazać się danego dnia w jakimś sensie problematyczna. Osoby, które naturalnie dobrze radzą sobie w relacjach międzyludzkich, będą lepiej radziły sobie w zarządzaniu emocjami. Takie, które są bardziej introwertyczne, mogą mieć więcej problemów w tym zakresie. Podobnie z intensywnością gry. Zawodnicy trenują 2 razy dziennie praktycznie każdego dnia. To atleci. Sędziowie to zazwyczaj osoby mające pracę zawodową, rodzinę. Dbają o formę, ale osiągnięcie stanu wytrenowania zawodników jest niemal niemożliwe. Są mecze, gdzie gra przyjmuje bardziej taktyczny wymiar i intensywność nie jest problemem. Ale są też mecze gdzie 80% punktów pada z kontrataku. Takie bieganie za chłopakami, którzy składają się głównie z mięśni, potrafi być dużym wyzwaniem – bez względu na to, czy sędzia jest mężczyzną, czy kobietą.

Czy masz swoje „ulubione” hale lub drużyny, na których mecze wracasz z przyjemnością, bo wiesz, że tam koszykówka ma wyjątkową atmosferę?

– Cóż… aktualnie zauważam, że w męskiej ekstraklasie na większości hal jest fajna atmosfera. Kluby mocno o to dbają. Lubię miejsca, w których trybuny są blisko boiska. Wtedy mam wrażenie, że niemal „czuję” kibiców na plecach. Niemniej nie mam takiej hali, na którą nie lubię przyjechać. Ostatecznie chodzi o to, co w liniach boiska, a nie poza nimi.

Jak wygląda koncentracja sędziego w końcówkach meczów, kiedy jedna decyzja może zdecydować o wyniku?

– Na pewno duża mobilizacja. Osobiście przestaję słyszeć, co dzieje się dookoła. Pozytywne nastawienie i otwartość na podjęcie trudnej decyzji. Zaakceptowanie ryzyka, że od tej decyzji może dla jednej z drużyn zależeć wszystko w danym sezonie. Nie mniej też cierpliwość i nie spieszenie się. Najczęściej w naszym sędziowskim zespole mocno się w końcówkach wspieramy. To bardzo pomaga i na pewno pozwala skupić się na zadaniu.

 

Popularne Artykuły