Czy osoba, która jest jednocześnie prezesem spółki komunalnej i pracownikiem magistratu, powinna zasiadać do stołu negocjacyjnego po obu stronach interesu publicznego? To pytanie wraca w Gryfinie jak bumerang i nie da się go zbyć prostym stwierdzeniem, że „prawo na to pozwala”.
Marcin Stawicki był jednocześnie pracownikiem Urzędu Gminy Gryfino i prezesem PUK – gminnej spółki, odpowiedzialnej m.in. za odbiór odpadów na terenie gminy. I ten sam prezes, będąc pracownikiem magistratu, w pewnym momencie usiadł z władzami gminy do negocjacji w sprawie stawek za wywóz odpadów.
W przestrzeni publicznej zaczęły się pojawiać pytania: w czyim interesie negocjował prezes gminnej spółki? W imieniu i dla dobra mieszkańców, czy może w imieniu i dla dobra gminy? Zapytaliśmy o to w magistracie.
– W kwestii zajścia potencjalnego konfliktu interesów co do udziału w negocjacjach to jest to tylko hipotetyczne odczucie pytającego – tłumaczy wiceburmistrz Gryfina, Tomasz Miler.
Tomasz Miler wskazuje jednoznacznie: obowiązujące przepisy nie zabraniały pracownikowi samorządowemu przebywającemu na urlopie bezpłatnym pełnienia funkcji prezesa spółki gminnej ani udziału w negocjacjach dotyczących stawek za odbiór odpadów. Z formalnego punktu widzenia wszystko miało więc mieścić się w granicach prawa.
– Marcin Stawicki przebywał na urlopie bezpłatnym od 1 grudnia 2021 r. do dnia 10 czerwca 2024 r. Po tym okresie umowa została rozwiązana – tłumaczy wiceburmistrz.
Problem polega jednak na tym, że prawo to absolutne minimum, a nie pełna definicja standardów życia publicznego. Negocjacje w sprawie stawek za wywóz odpadów to nie techniczny detal, lecz decyzje mające bezpośredni wpływ na portfele mieszkańców. W takiej sytuacji kluczowe znaczenie ma nie tylko to, czy coś jest legalne, ale czy jest transparentne, jednoznaczne i wolne od jakichkolwiek wątpliwości. A te wątpliwości pojawiają się naturalnie wtedy, gdy jedna osoba reprezentuje interes spółki należącej do gminy, a jednocześnie pozostaje formalnie związana z urzędem, nawet jeśli przebywa na urlopie bezpłatnym.
W odpowiedziach gminy pada stwierdzenie, że potencjalny konflikt interesów to jedynie „hipotetyczne odczucie pytającego”. To podejście szczególnie niepokojące. Konflikt interesów w nowoczesnym samorządzie nie musi być realny ani udowodniony, by stanowił problem. Wystarczy, że jest możliwy lub postrzegany jako możliwy. Administracja publiczna działa bowiem nie tylko w oparciu o przepisy, ale także o zaufanie społeczne, które bardzo łatwo nadwyrężyć, a niezwykle trudno odbudować.
Brakuje również jasnej odpowiedzi na pytanie o procedury zabezpieczające interes publiczny w takich sytuacjach. Nie wskazano, by istniały wewnętrzne analizy, protokoły czy mechanizmy wyłączające jedną osobę z negocjacji ze względu na jej podwójny status. Nie pojawia się też informacja, by rada gminy lub organy nadzorcze były szczegółowo informowane o specyfice tych negocjacji. A to właśnie takie mechanizmy są standardem w instytucjach, które traktują przejrzystość nie jako uciążliwy obowiązek, lecz fundament swojej wiarygodności.
Mieszkańcy mają prawo oczekiwać więcej. Mają prawo oczekiwać, że osoby zarządzające publicznymi pieniędzmi nie tylko nie łamią przepisów, ale też unikają sytuacji, które mogą rodzić podejrzenia, pytania i nieufność. Bo choć umowa o pracę została ostatecznie rozwiązana, a formalnych przeszkód – według gminy – nie było, pytanie zasadnicze pozostaje bez odpowiedzi: czy tak po prostu wypada? I czy samorząd, który naprawdę dba o interes mieszkańców, nie powinien sam z siebie stawiać granic tam, gdzie prawo jeszcze ich nie postawiło?






