W środowisku pszczelarskim narasta ogromne oburzenie po publikacji zapisów związanych z Krajowym Planem Odbudowy Zasobów Przyrodniczych. Pszczelarze z całej Polski alarmują, że proponowane rozwiązania mogą doprowadzić do ograniczenia liczby pasiek, wzrostu biurokracji i osłabienia krajowej produkcji miodu. Wielu mówi wprost: w praktyce otworzy to rynek jeszcze szerzej na tani import miodu z Chin i Ukrainy.
Najwięcej emocji budzi tzw. Środek nr 5 dotyczący „ograniczenia negatywnego wpływu hodowli pszczoły miodnej na populacje dzikich zapylaczy”. Dokument opublikowany w Dzienniku Urzędowym UE wskazuje kierunek działań związanych z ochroną dzikich owadów zapylających. W praktyce może to oznaczać ograniczenia dotyczące lokalizacji uli, szczególnie na terenach Natura 2000, w parkach narodowych, lasach czy części terenów miejskich.
Dla wielu pszczelarzy problemem nie jest sama ochrona dzikich zapylaczy, lecz sposób prowadzenia całej polityki. Branża podkreśla, że nikt nie prowadził realnych konsultacji z praktykami, którzy od lat zajmują się hodowlą pszczół i obserwują zmiany w środowisku.
– Pomysł ograniczenia hodowli pszczoły miodnej jest totalnie absurdalny. Mnie jako pszczelarzowi i miłośnikowi przyrody nie mieści się on w głowie. To są błędne pomysły na rozwiązanie problemu, jakim jest stan dzikich zapylaczy – – mówi Dariusz Olech, pszczelarz i polityk Konfederacji. – Ludzie słyszeli o pszczołach, o trzmielach, ale o dzikich zapylaczach słyszeli mało, choć trend się zmienia. Coraz większa jest świadomość pszczół samotnic np. murarek ogrodowych. Nawet teraz w marketach można znaleźć specjalne domki wykonane z trzciny, które ludzie stawiają na działkach czy osiedlach, by miały one gdzie się zadomowić – dodaje.
Olech zwraca uwagę, że rzeczywiste zagrożenia dla owadów zapylających są zupełnie inne niż sama obecność uli.
– Mamy problem z suszą hydrologiczną, zanikiem terenów podmokłych, coraz mniejszą ilością naturalnych pożytków i zbyt intensywnym koszeniem terenów zielonych. W wielu miejscach rośliny miododajne nie są w stanie nawet zakwitnąć. To nie pszczoły są problemem, tylko sposób zarządzania środowiskiem – podkreśla.
Polska należy dziś do europejskiej czołówki pod względem liczby rodzin pszczelich. Szacuje się, że działa około 2 milionów rodzin pszczelich, a samo pszczelarstwo przestało być jedynie hobby czy działalnością niszową. To ważny element polskiego rolnictwa i bezpieczeństwa żywnościowego.
Eksperci przypominają, że pszczoły odpowiadają za zapylanie ogromnej części upraw sadowniczych i rolnych. W samym województwie zachodniopomorskim kluczowe znaczenie ma zapylanie rzepaku.
– Odpowiednia obecność rodzin pszczelich w pobliżu pól może zwiększyć plony rzepaku nawet o 40–50 procent. Ograniczanie liczby uli to nie jest wyłącznie problem pszczelarzy. To problem całego rolnictwa – zaznacza Olech.
Coraz więcej emocji budzi również nowa ustawa o zdrowiu zwierząt, która weszła w życie 18 marca 2026 roku. Wprowadza ona obowiązek rejestracji wszystkich pasiek – nawet tych najmniejszych, liczących jeden ul – oraz konieczność regularnego raportowania liczby rodzin pszczelich i ich lokalizacji do Powiatowych Inspektoratów Weterynarii.
Środowisko pszczelarskie uważa, że państwo tworzy kolejną warstwę biurokracji, której administracja i tak nie będzie w stanie skutecznie obsłużyć.
– Powiatowe Inspektoraty Weterynaryjne już dziś są przeciążone. Zwiększanie obowiązków administracyjnych skończy się tym, że część ludzi po prostu przejdzie do szarej strefy albo zrezygnuje z pasiek – uważa Olech.
„Miód z Ukrainy i Chin tylko na to czeka”
Pszczelarze obawiają się także, że tworzenie centralnej ewidencji uli może w przyszłości posłużyć do administracyjnego ograniczania liczby rodzin pszczelich w wybranych regionach kraju.
– Wielu ludzi boi się, że dziś mówi się o rejestracji, a jutro pojawią się limity uli, zakazy tworzenia nowych pasiek albo decyzje, gdzie pszczół jest „za dużo”. Dla środowiska brzmi to jak początek centralnego sterowania pszczelarstwem – mówi Przemysław Maciąg, pszczelarz spod Pyrzyc i wieloletni działacz związku pszczelarskiego.
Jak podkreśla, największy niepokój budzi fakt, że ograniczenia mogą uderzyć przede wszystkim w małe rodzinne gospodarstwa pszczelarskie.
– Wielkie firmy jeszcze sobie poradzą. Najbardziej ucierpią mali pszczelarze, którzy od pokoleń utrzymują pasieki i dbają o lokalne ekosystemy. To oni dziś słyszą, że są problemem dla środowiska, choć przez lata wykonywali pracę, której państwo praktycznie nie wspierało – dodaje.
Maciąg zwraca uwagę, że jednocześnie rynek zalewany jest tanim importowanym miodem.
– Jeżeli osłabi się polskie pszczelarstwo, ktoś tę lukę natychmiast wypełni. Już dziś półki sklepowe są pełne mieszanek miodów spoza Unii Europejskiej. Importerzy tylko na to czekają: miód z Ukrainy i chin tylko na to czeka, będzie jeszcze łatwiej wypierał polski produkt – ocenia.
Środowisko pszczelarskie podkreśla również, że ochrona dzikich zapylaczy nie stoi w sprzeczności z rozwojem pszczelarstwa. Zdaniem praktyków problem można rozwiązywać poprzez zwiększanie bioróżnorodności, ograniczenie koszenia, sadzenie drzew miododajnych czy rozwój łąk kwietnych.
– Potrzebujemy więcej pożytków dla wszystkich zapylaczy, a nie walki między dzikimi owadami a pszczołami hodowlanymi. To fałszywie postawiony konflikt – uważa Maciąg.
Coraz częściej w środowisku pojawiają się też głosy, że polityka klimatyczna i środowiskowa zaczyna być realizowana bez uwzględniania skutków gospodarczych i społecznych.
– Rolnicy, leśnicy, pszczelarze coraz częściej mają poczucie, że decyzje zapadają ponad ich głowami. A potem okazuje się, że skutki takich eksperymentów odczuwają zwykli ludzie – mówi Przemysław Maciąg.
Wśród pszczelarzy narasta przekonanie, że bez szerokich konsultacji i zmian w podejściu rządu konflikt wokół nowych regulacji będzie tylko się zaostrzał. Wielu z nich mówi już otwarcie, że polskie pasieki znalazły się dziś pod największą presją od lat.






